Pierwszy raz na Summer Dying L...
Czas na moje festiwalowe ABC. Dorzuciłem też kilka tipów, które mogą się przydać. Na SDL wybrałem si...
To nie jest zwykła relacja z Black Waves Fest 2025. Według planów, ta 10 edycja miała być ostatnia. Oby nie, bo wraz z nią zniknęłaby czarna perła na metalowej mapie Polski. Powtarzamy to od lat: ten festiwal to wzór jednodniowych, ekstremalnych imprez muzycznych w kraju. Bywamy tu regularnie od kilku edycji i szczerze mówiąc - trudno nam wyobrazić sobie przyszły rok bez BWF.
O warstwie muzycznej nie piszemy zbyt wiele - gusta są różne, a każdy ma swoje preferencje. Dla nas tegoroczny skład, to jednak miód na nasze czarne serca. Mamy nadzieję, że jeśli nie byliście na BWF w Jarocinie, po lekturze naszego festiwalowego ABC poczujcie się choć trochę zainspirowani i zechcecie zanurzyć się w tej czerni za rok. Bo powtórzymy to raz jeszcze - nie wyobrażamy sobie, żeby nie było jedenastej edycji. Pokazujemy Wam to, co sami odkryliśmy - magiczne miejsce z czarnym jak antymateria, metalowym festem.
Na ulicy Średniej, tuż przy rynku, jest miejsce, które przez lata było naszym obowiązkowym przystankiem przed festiwalem. Mała budka, relikt minionej epoki - jakby ktoś przeniósł ją żywcem z końcówki lat 80. czy 90. Blacha, stara lodówka i waga, kilka krzeseł z odzysku i ogródek na tyłach, gdzie trunek smakował najlepiej, bo zawsze z towarzystwem rozmów o wszystkim i o niczym. Niestety w tym roku była zamknięta, właściciel przeszedł zawał. Życzymy właścicielowi szybkiego powrotu do zdrowia i - oby - za ladę.

Jasne, kurwa głupie pytanie. Stosunek cena/jakość znakomity, lineup petrada, organizacja i nagłośnie sztos. Ilość czerni 100%. My nie wyobrażamy sobie roku koncertowo-festiwalowego bez BWF.
Hell Militia – Francja
Häxenzijrkell – Niemcy
Voidhanger – Silesia
Loathfinder – Kraków
Cień – Kraków
Drowned – Niemcy

Zdjęcie: Mirosław Górka / Głos Wielkopolski

Małe, spokojne miasto w Wielkopolsce, które na stałe wpisało się do historii muzyki, jako miejsce legendarnego festiwalu. Dziś to już zupełnie inny Jarocin - cichy, uporządkowany, ale wciąż z tym samym duchem buntu unoszącym się gdzieś w powietrzu.
Jeśli będziecie mieli chwilę, warto przejść się po mieście. Rynek jest naprawdę bardzo ładny, z kilkoma ciekawymi zaułkami i kamienicami. Na murach i ścianach znajdziecie sporo odniesień do muzyki - murale, hasła, symbole, które przypominają, że to właśnie tutaj rodziła się polska muzyka niezależna.
Jest też Spichlerz Polskiego Rocka - o nim szerzej w kolejnym punkcie - oraz park z pałacem w jego centrum, idealne miejsce na krótki oddech przed mieleniem dźwiękiem. Wszystko jest blisko, w zasięgu krótkiego spaceru. No i jeszcze jedno - w Jarocinie jest bardzo czysto. Zwróciliśmy na to uwagę, zresztą nie tylko my.

W odległości rzutu krzyżem od JOK-u można dobrze i tanio zjeść. Kuchnia Smaku, bo tak nazywa się ten lokal, serwuje obiady domowe w granicach 22-25 zł. Obiady sprawdzone już wielokrotnie i bardzo smaczne, do tego można tam strzelić piwko. Podczas festu pod wejściem zwykle stoi foodtruck - w tym roku Hubert testował burgera i wystawił ocenę: bardzo dobra (30–35 zł). W okolicy znajdziecie też kilka Żabek i klasyczne kebsy. Jarocin to małe miasto - wszędzie macie blisko, więc głodni nie będziecie.

Tu nigdy nie jest „oczywiście” — zawsze coś potrafi zaskoczyć. Właśnie to jest w BWF najlepsze: idea ściągania zespołów, które w Polsce grają rzadko, a często wcale. Do tego świetny balans między ekipami z kraju, a składami z zagranicy. Za każdym razem lineup to prawdziwa bomba - taka, przy której o 16.66 ktoś symbolicznie podpala lont. I wtedy już wiadomo, że zaraz pierdolnie.

Tu zawsze jest na bogato. W zasadzie całe kuluary zajmuje merch - stoły, wieszaki, kartony, zapach świeżego sitodruku i czerni. Festiwalowy merch w przystępnych cenach, a w tym roku pojawiły się też po raz pierwszy bluzy - nabyłem jedną i jest naprawdę spoko. Każdy zespół ma swoje stoisko, przy którym można pogadać, uścisnąć rękę, złapać fotę albo po prostu wymienić dwa zdania o koncercie. To mały festiwal, więc czuć tę bliskość - jak w klubie, gdzie scena jest na wyciągnięcie ręki, a muzycy stoją z Tobą w kolejce po piwo. Z kolejkowych znajomości pozdrawiamy Cień!

Ludzie od nagłośnienia od lat robią tu kapitalną robotę. Znają to miejsce jak własną kieszeń. Do tego sama sala JOK-u jest świetnie wytłumiona, co robi ogromną różnicę. Taka kombinacja oznacza tylko jedno - po BWF żaden koncert w zamkniętej przestrzeni, nie zabrzmi Wam już tak dobrze. Absolutny sztos.
Za każdym razem wszystko dopięte jest tu na ostatni guzik. Czuwają nad tym Łukasz, Ania i Maja, a także cała ekipa, którą mieliśmy okazję poznać. To ludzie z pasją, doświadczeniem i ogromnym zaangażowaniem. Za tym festiwalem stoi prawdziwy sztab profesjonalistów, dzięki którym uczestnicy otrzymują wydarzenie na najwyższym poziomie – dopracowane w każdym szczególe, od dźwięku po atmosferę.
Jak zwykle przyjechaliśmy samochodem, więc na zmotoryzowanych się skupię. Wokół JOK-u miejsc do parkowania jest sporo. Festiwal zawsze odbywa się w sobotę, a wtedy wszystkie miejskie parkingi są darmowe, podobnie jak w niedzielę. Ci, którzy przyjeżdżają później, parkują często przy Kauflandzie, z tyłu JOK-u, i przechodzą skrótem - przez niewielkie przejście w murze, znane tylko bywalcom. Był też festiwalowy bus do Poznania.

Spotkaliśmy go na wernisażu "Diable Sprawy”, zorganizowanym w Spichlerzu Polskiego Rocka przy okazji BWF 10. Robert to niezwykle skromny artysta, mocno związany z ciężką muzyką. Choć możecie nie kojarzyć nazwiska, z pewnością widzieliście jego okładki i grafiki. Pomysł połączenia festiwalu z wystawą okazał się strzałem w dziesiątkę. W czasach, gdy sieć zalewają generowane przez sztuczną inteligencję obrazy, takie inicjatywy przypominają, jak ważne jest, by za sztuką stali prawdziwi ludzie — z wyobraźnią, warsztatem i pasją. Robert jest jednym z nich. (zdjęcie Olga Weber)

Miejsce absolutnie wyjątkowe, nierozerwalnie związane z muzyczną historią Jarocina. To tutaj dźwięki, bunt i wspomnienia tworzą żywą opowieść o polskim rocku. Czekają na Was interaktywne wystawy, archiwalne nagrania, plakaty i dwa piętra pełne historii, które pulsują energią kolejnych dekad. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji tu zajrzeć, a planujecie wizytę podczas kolejnego BWF, koniecznie wpiszcie to miejsce na swoją trasę. Spichlerz Polskiego Rocka to festiwal, bunt i muzyka. Na zwiedzanie warto zarezerwować co najmniej godzinę, a najlepiej półtorej.

Jest lany i w normalnej cenie - dwanaście złotych. Piwo można spokojnie pić w kuluarach albo w ogródku, gdzie toczy się połowa rozmów festiwalu. W tym roku organizatorzy poszli jeszcze bardziej na rękę piwoszom i przygotowali trybunkę dla tych, którzy nie chcą odrywać się od koncertu - można stać z kuflem w ręku i nic nie tracić z występu. Na salę z piwem wejść nie można, ale nikt nie narzeka - wystarczy kilka kroków, żeby znów być w środku, gdy zaczyna się kolejny set.
Czas na moje festiwalowe ABC. Dorzuciłem też kilka tipów, które mogą się przydać. Na SDL wybrałem si...